'Hombres buenos' (2015) (noticias)

Comentarios y noticias sobre el resto de los libros de Pérez-Reverte

Moderadores: Targul, Mithrand, Moderadores

Reglas del Foro
Responder
Avatar de Usuario
Rogorn
Mensajes: 14355
Registrado: Jue Feb 01, 2007 12:00 am
Contactar:

Mensaje por Rogorn » Lun May 29, 2017 11:34 am

Arturo Pérez-Reverte wraca do formy
Krzysztof Cieślik - rp.pl - 18/05/2017

Trudno utrzymać się na szczycie, wiedzą o tym doskonale zarówno autorzy literatury wysokiej, jak i „pisarze producenci". Literatura, podobnie jak muzyka, ma swoich autorów jednego przeboju. Często się zdarza, że pisarz nie jest w stanie dorównać swemu pierwszemu dziełu, czego sztandarowymi przykładami są Joseph Heller z „Paragrafem 22" i J.D. Salinger z „Buszującym w zbożu", na rodzimym poletku zaś Tomek Tryzna z „Panną Nikt". Jeszcze częściej przychodzi wyczerpanie. To ostatnie dotyka zwłaszcza twórców literatury popularnej, których wymogi rynkowe (umowy z wydawcami, utrzymywanie się na fali, konieczność zarobienia na życie) zmuszają do wypuszczania rokrocznie kolejnych powieści. Efekt jest taki, że nawet tak znakomici autorzy kryminałów jak Marek Krajewski w końcu spuszczają z tonu.

Wydawało się, że tak właśnie się stało z Arturem Pérezem-Revertem, jednym z najwybitniejszych autorów literatury popularnej naszych czasów. Hiszpański mistrz powieści pop-erudycyjnej, którego książki sprzedały się na całym świecie już w niemal 20 milionach egzemplarzy i tłumaczone były na 34 języki, wyraźnie obniżył loty. Widać to było zarówno w dziełach historycznych („Oblężenie"), jak i w rozgrywających się współcześnie „Mężczyźnie, który tańczył tango" i „Cierpliwym snajperze". Szczególnie rozczarowywała ostatnia z powieści, w której autor „Klubu Dumas" zamierzył się na coś na kształt Ważnego Dzieła o Współczesności, Które Podejmuje Aktualny Temat (w tym wypadku: street art i granice wolności). Okazało się jednak, że do rodaka Javiera Mariasa, autora arcydzieła „Twoja twarz jutro", sporo mu brakuje – może dlatego, że Pérez-Reverte niespecjalnie czuje się jako autor powieści współczesnych, a może z powodów czysto literackich, siłą jego książek są bowiem przede wszystkim ciekawie zaplecione intrygi, a nie społeczne i kulturowe diagnozy.

Tym większym zaskoczeniem jest „Misja: Encyklopedia" – książka nie tylko udana, ale i prowokująca do dyskusji. Oczywiście i tutaj mamy do czynienia z recyklingiem pomysłów, które Pérez-Reverte wykorzystał już gdzie indziej (przyjdzie nam do tego wrócić), lecz obok znaku firmowego Hiszpana, czyli zgrabnie skrojonej, lekko sensacyjnej fabuły, pojawia się tu także coś wcześniej w jego twórczości nieobecnego: postmodernistyczny chwyt polegający na obnażeniu własnego warsztatu twórczego. W 2017 roku nic to wprawdzie oryginalnego, ale zważywszy, że w teorii to literatura czysto rozrywkowa, warto ten pomysł docenić.

Powrót na terytorium hiszpańsko-francuskie – znane choćby z debiutanckiego „Huzara", „Dnia gniewu", „Oblężenia" i nietłumaczonego na język polski „Cabo Trafalgar" (Przylądka Trafalgar) – a także do konwencji historyczno-przygodowej wyraźnie zatem Pérezowi-Revertemu posłużył. Dziwić może natomiast niepowodzenie jego powieści współczesnych, bo przecież pisarz zaczynał jako korespondent wojenny. Przez ponad 20 lat relacjonował konflikty zbrojne na całym świecie – od Cypru, przez Saharę, Nikaraguę, Salwador, Liban, Goa, Mozambik, Iran, Irak, Izrael, Falklandy, pierwszą wojnę w Zatoce Perskiej i rewolucję 1989 r. w Rumunii, aż po wojnę na Bałkanach. O śmierć ocierał się kilkakrotnie. W 1977 r. podczas wojny w Erytrei zaginął na kilka miesięcy. Sądzono, że nie żyje. Przetrwał jedynie dzięki pomocy przyjaciół z partyzantki. Jak sam mówi, to wówczas „z młodzieńca żądnego przygody stał się osobą, która świadomie obserwuje świat". Dzięki temu mógł się także narodzić jako prozaik – przeżył i widział na własne oczy to, o czym miał później opowiadać. Twierdzi, chyba zgodnie z prawdą, że nie jest pisarzem z powołania i zapewne bez bogatych doświadczeń nie sięgnąłby po pióro.

Korespondenci i fotografowie wojenni często nie są w stanie poradzić sobie z okropnościami, które widzieli na własne oczy. Nie inaczej było z Hiszpanem. Proza miała się stać dla niego odskocznią od myśli i obrazów, które go prześladowały. Kiedy w 1986 r. debiutował „Huzarem", powieścią o młodzieńczych ideałach wypartych przez demony wojny, wiedział doskonale, o czym pisze, choć nie zdawał sobie sprawy, że ledwie kilka lat później odniesie sukces i pole bitwy zamieni na pisarskie biurko (to może za wiele powiedziane, bo Pérez-Reverte należy do tych autorów, którzy dużą część pracy wykonują w terenie, sprawdzając miejsca akcji czy, w ramach przygotowań, ucząc się np. szermierki). W 1993 r. ukazał się głośny „Klub Dumas", ale prawdziwą sławę przyniosła mu w 1996 r. pierwsza odsłona świetnego cyklu o kapitanie Alatriste (przełożonego barwną polszczyzną przez Filipa Łobodzińskiego), którym unieśmiertelnił hiszpański Złoty Wiek, trafiając nawet na listę lektur polecanych przez rodzimych historyków.

Dobrze napisane, wciągające, a przy tym nierzadko trzymające w napięciu opowieści naturalnie musiały wzbudzić zainteresowanie filmowców, choć efekty zwykle nie spełniały oczekiwań. Chyba najbardziej znaną z dziesięciu adaptacji pozostają do dziś nieudane „Dziewiąte wrota" Romana Polańskiego z 1999 r. (luźno oparte na „Klubie Dumas"), lecz za najciekawszą wypada chyba uznać „Kapitana Alatriste" z 2006 r. Mimo sprawnej reżyserii Agustína Díaza Yanesa, najwyższego w historii hiszpańskiej kinematografii budżetu (ok. 30 mln dolarów) i zaangażowania znajdującego się wówczas u szczytu kariery Vigga Mortensena (tuż po sukcesie „Władcy Pierścieni"), poza Hiszpanią film nie odniósł większego sukcesu i ostatecznie przyniósł straty.

W „Misji: Encyklopedia" Pérez-Reverte, jak w licznych innych powieściach, przeplata współczesną narrację z historią – tym razem otrzymujemy opowieść o wyprawie hiszpańskich akademików po redagowaną przez Denisa Diderota i Jeana d'Alemberta „Wielką encyklopedię francuską". W centrum opowieści stawia książkę, ale znajdziemy tu także i jego ukochane antykwariaty, i biblioteki, i pojedynki (na szpady, oczywiście!). Miesza fakty z fikcją literacką. Wreszcie, co najważniejsze, z pozornie nieinteresującej – czy też: interesującej wyłącznie z punktu widzenia fachowców, np. literaturoznawców – historii tworzy opowieść przygodową wciągającą także z perspektywy tych, których oświecenie i historia intelektualnych zdobyczy ludzkości niezbyt ciekawią.

Recykling to zresztą niejedyna wada „Misji: Encyklopedia". Pérez-Reverte nie unika – to cecha charakterystyczna literatury popularnej, nawet tej z górnej półki – mnóstwa klisz, ale są to klisze podane z niewątpliwym wdziękiem. Weźmy choćby obraz Reposo, płatnego mordercy: „I kiedy błyskawica nad odległym lasem przecina niebo, a potem spomiędzy czarnych, niskich chmur z siłą wystrzału armatniego dociera grzmot, błysk oświetla twarz samotnego jeźdźca z ustami wykrzywionymi w okrutnym grymasie, zapowiadającym odkładaną na później zemstę". Jednak nawet jeśli długimi fragmentami to nieco sztampowa, acz świetnie napisana proza spod znaku „znacie, to posłuchajcie", łatwo jej urokowi ulec.

Tym razem, jak w „Klubie Dumas", fabułę napędza literackie śledztwo, z tym że w „Misji: Encyklopedia" prowadzone jest ono przez narratora (czyli samego pisarza), któremu sekundują przyjaciele, bukiniści, antykwariusze i członkowie Hiszpańskiej Akademii Królewskiej. Pérez-Reverte trafia na ślad wyprawy, którą w 1780 r. podjęli don Hermógenes Molina, ówczesny bibliotekarz Akademii, i emerytowany brygadier Pedro Zárate, zwany przez kolegów z tej szacownej instytucji admirałem. Wprawdzie „Encyklopedia" znajdowała się wówczas na indeksie ksiąg zakazanych, a we Francji nie można było jej drukować, jednak na sprowadzenie kompletu 28 tomów pierwszej edycji – niemal niedostępnej, na czym polega trudność zadania – wyraził zgodę zarówno sekretarz Rady Najwyższej Inkwizycji, jak i król Karol IV. Uznawano ją bowiem, jak mówi jeden z akademików, za „jedno z tych twórczych i znaczących, rzadkich w historii ludzkości dzieł, które oświecają swych czytelników i otwierają wrota do szczęśliwości, kultury i postępu narodów", i w drodze wyjątku wyrażono zgodę, aby „stanowiący, oczyszczający i przynoszący chwałę językowi kastylijskiemu" naukowcy z Akademii mieli do niej dostęp.

Pérez-Reverte w pierwszej chwili prezentuje się tutaj jako jednoznaczny zwolennik oświecenia, lecz z biegiem opowieści jego poglądy przestają być tak oczywiste. Niewątpliwie jednak w stagnacji u schyłku XVIII wieku widzi źródła trwającego dwa stulecia i znaczonego przelaną krwią kryzysu Hiszpanii.

Pisarz rzuca bowiem czytelnika nie tylko w przygodę, lecz także w środek XVIII-wiecznego sporu reakcjonistów z postępowcami. Bierze przy tym na celownik zacofaną Hiszpanię, tę, w której postęp powstrzymuje Kościół, a szlachcicowi wszystko wolno, piętnując – by wyrazić rzecz słowami admirała „apatię i marazm", cechy narodowe „niedojrzałych" Hiszpanów. Misję don Hermógenesa Moliny i don Pedra Záratego próbuje udaremnić inny duet: oświecony pseudointelektualista Sánchez Terrón i wstecznik Higueruela. Portretując tę czwórkę, Pérez-Reverte ukazuje sedno ówczesnego sporu światopoglądowego: konflikt nauki z religią. O ile jednak wierzący Molina i ateista Zárate jako światli ludzie są w stanie dojść do porozumienia, ponieważ łączy ich miłość do ojczyzny i wiara w oświeceniowy Rozum (u Moliny chwiejna, ale niewątpliwie obecna), o tyle sabotujący ich poczynania Sánchez Terrón i Higueruela przypominają postaci z „Pochwały głupoty" Erazma z Rotterdamu, do czego zresztą otwarcie Pérez-Reverte nawiązuje słowami: „Dotarli niczym Niegodziwość z Pychą pod rękę do placu Puerta del Sol".

Najciekawszą postacią w całej powieści jest jednak kleryk Bringas, który towarzyszy Molinie i Záratemu jako przewodnik po Paryżu. Bringas to postać fikcyjna, lecz oparta na losach José Marcheny, współpracownika rewolucjonisty Jeana-Paula Marata. Można wręcz powiedzieć, że będący symbolem krwawej rewolucji kleryk-ateusz unieważnia spory światopoglądowe rodaków, zderzając je z praktyką polityczną. Z pomocą Bringasa wyraźnie stojący po stronie postępowców Pérez-Reverte niuansuje przesłanie swej powieści. To nie wiara okazuje się bowiem największym przeciwnikiem Rozumu, lecz sama rzeczywistość.

„W praktyce to pełni żalu fanatycy, tacy jak nasz kleryk, szalony z nienawiści i frustracji, wyprowadzili na ulicę więcej ludzi niż wszyscy encyklopedyści razem wzięci" – mówi w powieści znawca Cervantesa, profesor Rico. Ideały przegrywają więc tutaj z życiem. Oświecenie filozofów owocuje ostatecznie rewolucją miernot, a „Encyklopedia", ten Święty Graal europejskiego intelektu II połowy XVIII wieku, koniec końców ląduje na bibliotecznych półkach. Bringasowie tego świata nie chcą niczyjego szczęścia ani zbawienia (choćby w wersji profanum), najwyżej wolności. Oświeceniowa wolność bez Boga prowadzi jednak ostatecznie do nowej niewoli. Nie od feudałów, lecz od dyktatu świeckiej przemocy.

Gdyby najnowsza powieść Péreza-Revertego ukazała się w okolicach premiery „Imienia Róży" Umberta Eco (1980 r.) czy „Jeśli zimową nocą podróżny..." Itala Calvino (1979 r.), mielibyśmy do czynienia z wielkim literackim wydarzeniem. Hiszpan zręcznie stosuje metaliterackie chwyty, w których specjalizowali się postmoderniści. W części osadzonej współcześnie opowiada bowiem z własnej, Péreza-Revertego, perspektywy o poszukiwaniach źródeł, rozmowach z naukowcami i bukinistami, bibliotecznych kwerendach i lekturach, które umożliwiły mu opisanie XVIII-wiecznej rzeczywistości. Obnaża przy tym narratora i odsłania arkana swego warsztatu, ukazując szwy powieściowe i ujawniając tajniki tworzenia scen (przykładowo, ubłocone buty przywodzą mu na myśl targ Rastro, który okazuje się idealną scenerią dla jednego z dialogów).

„W powieściach staram się zawsze dbać o miejsca akcji; choćby ich opisy miały się ograniczyć do kilku linijek, to ułatwiają stworzenie atmosfery odpowiedniej dla postaci i fabuły, a czasami stanowią część intrygi" – zdradza. W scenie otwierającej powieść Hiszpan stosuje natomiast filmowe zbliżenie rodem z nowofalowej „Żaluzji" Alaina Robbego-Grilette'a.

Pérez-Reverte mnóstwo zawdzięcza postmodernizmowi. Trudno sobie wyobrazić jego pisarstwo bez dzieł Jorge Luisa Borgesa i – chyba przede wszystkim – Umberta Eco. W „Klubie Dumas" przedstawił się publiczności jako Eco w wersji pop i chyba do dziś to określenie pasuje do niego najlepiej. To z Canettiego, Borgesa i Eco autor „Kapitana Alatriste" wziął jedne z głównych figur w swej twórczości: bibliotekę i bibliotekarza (Eco w „Imieniu Róży" bibliotekarzowi dał zresztą na imię Jorge w hołdzie Borgesowi). Od nich także przejął fetysz oryginału, powracający i w „Misji": „To było pierwsze wydanie. To, które zaczęło się ukazywać drukiem w 1751 roku i którego ostatni tom wyszedł w roku 1772".

Hiszpan nie kryje się zresztą z tym, że „przepisuje" książki ulubionych autorów, niczym Borgesowski Pierre Menard w przypadku Cervantesa. Od powinowactw z Eco czy Borgesem wprawdzie się odżegnuje (niesłusznie, zwłaszcza w przypadku Włocha), ale na miano hiszpańskiego Dumasa z pewnością by się nie obraził, ma nawet swój rytuał ku czci „Trzech muszkieterów": zdarza mu się odwiedzać Meung-sur-Loire, gdzie rozpoczyna się pierwszy rozdział dzieła Dumasa.

W przepisywaniu i twórczym przetwarzaniu osiągnięć wielkich poprzedników nie ma zresztą nic złego, bo choć Pérez-Reverte nie odkrywa nieznanych literackich lądów, ma pewne zasługi – i to nawet niemałe. Tworzy powieści głęboko sycące, nieomal erudycyjne, a przy tym inspiruje mnóstwo naśladowców. Wśród nich odnajdziemy cały tabun Hiszpanów, z których największy sukces odnieśli popularni także u nas Ildefonso Falcones i Carlos Ruiz Zafón, a także pisarzy ze świata, choćby Matthew Pearla, autora „Klubu Dantego", czy Joela Rose'a, autora inspirowanej twórczością Edgara Allana Poego powieści „Kruk". Dzięki Pérezowi-Revertemu czytelnicy mają zatem okazję trafić do świata wielkiej literatury.

O jego klasie i randze (przynajmniej z hiszpańskiego punktu widzenia) świadczy najdobitniej jeden z wątków „Misji" poświęcony Hiszpańskiej Akademii Królewskiej. Od 2003 roku Pérez-Reverte jest członkiem tej instytucji. Trafił tam w uznaniu zasług dla języka ojczystego. Zasiada u boku takich znakomitości, jak poważny kandydat do Nobla Javier Marias, noblista Mario Vargas Llosa czy wspomniany już wybitny literaturoznawca Francisco Rico. Nieprzypadkowo w Akademii nie ma natomiast czerpiących z autora „Klubu Dumas" pisarzy pokroju Falconesa czy Zafóna ani innych popularnych Hiszpanów, takich jak Eduardo Mendoza. Pérez-Reverte słusznie uchodzi za prozaika ważniejszego i najzwyczajniej w świecie lepszego. To ta rzadka sytuacja, gdy w przypadku autora popowego można bez większego ryzyka mówić o twórczości, a nie o produkcji kolejnych tomiszczy.

Być może najważniejsza w przypadku Hiszpana jest jego autentyczna miłość do literatury, którą zaszczepia czytelnikom. Nieprzypadkowo ludzie literatury są zwykle w jego powieściach na pierwszym planie. Kiedy Pérez-Reverte pisze w „Misji: Encyklopedia": „Niczego nie da się porównać z tą pierwotną niewinnością, początkiem, chwilą stworzenia powieści, gdy pisarz podchodzi do historii, którą chce opowiedzieć, jak do kogoś, w kim właśnie się zakochał", nie sposób mu nie uwierzyć. Borges wyobrażał sobie raj jako bibliotekę. Pérez-Reverte z pewnością by mu przyklasnął.

Avatar de Usuario
Ada
Mensajes: 5717
Registrado: Jue Ago 16, 2007 11:00 pm
Ubicación: Madrid
Contactar:

Mensaje por Ada » Mié Jun 14, 2017 8:42 am

'Hombres buenos', Arturo Pérez-Reverte
Fernando Curiqueo Vásquez - 13/06/2017

La obra del español discurre por dos carriles que se van alternando. Uno es el de la trama, y otro el de la exposición de antecedentes –diálogos, investigaciones y trabajo de campo -, usados para armar el relato. A esta altura, creo conveniente hacer una pequeña aclaración: de ahora en adelante ya no me referiré a Pérez-Reverte, sino lo reemplazaré por Narrador. Esto porque la información sobre los diálogos, las investigaciones y el trabajo de campo que van alimentando la trama -en parte o, quién sabe, si no casi totalmente-, está “contaminada” ella misma de ficción. Por lo que prefiero achacar esa información a Narrador y no a Pérez-Reverte.

Jorge Luis Borges escribió en el prólogo de El Jardín de Senderos que se Bifurcan, que constituye desvarío laborioso y empobrecedor el de componer vastos libros; el de explayar en quinientas páginas una idea cuya perfecta exposición oral cabe en pocos minutos. Borges tiene razón, pero sólo en parte. El tema de la trama de Hombres Buenos, en efecto, se puede exponer en muchísimo menos de un minuto o con sólo algunas líneas. Pero, Arturo Pérez-Reverte se las arregla para armar un relato de exactamente quinientas ochenta y dos páginas que entretiene y que invita a pensar ese período de la historia en que sitúa la narración.

El argumento de Hombres Buenos es el siguiente. La Real Academia Española ha decidido adquirir la “Encyclopédie, ou dictionnaire raisonné des sciences, des arts et des métiers, par une societé de gens de lettres” y encomienda a don Hermógenes Molina y al ex almirante de marina Pedro Zárate, bibliotecario y miembro de número de la Academia, respectivamente, viajar a París para comprar y traer la obra para ser incorporada a la biblioteca de la Academia. La trama se desenvuelve en torno al viaje a París, la estadía en la capital francesa y el retorno a Madrid de los dos personajes. El nombre de la novela está tomado de un extracto del acta de la sesión del pleno de la Real Academia en que se los designó para llevar a cabo el encargo.

La obra del español discurre por dos carriles que se van alternando. Uno es el de la trama, y otro el de la exposición de antecedentes –diálogos, investigaciones y trabajo de campo -, usados para armar el relato. A esta altura, creo conveniente hacer una pequeña aclaración: de ahora en adelante ya no me referiré a Pérez-Reverte, sino lo reemplazaré por Narrador. Esto porque la información sobre los diálogos, las investigaciones y el trabajo de campo que van alimentando la trama -en parte o, quién sabe, si no casi totalmente-, está “contaminada” ella misma de ficción. Por lo que prefiero achacar esa información a Narrador y no a Pérez-Reverte.

Narrador nos revela que encontrándose en la biblioteca de la Real Academia Española, de sopetón y de manera fortuita, da con la colección completa de la primera edición de la “Encyclopédie”, la obra que en palabras suyas “compendiaba la mayor aventura intelectual del siglo XVIII… que contenía las ideas más revolucionarias de su tiempo, que llegó a ser condenada por la Iglesia católica y cuyos autores y editores se vieron amenazados con la prisión y la muerte.

¿Cómo esa colección había llegado a los anaqueles de la biblioteca?, ¿cuándo y de qué manera?, ¿quién la trajo?, ¿cómo pasó los filtros de la época? La búsqueda de respuesta a estas y otras interrogantes fueron acicate para construir la historia. Narrrador cuenta cómo finalmente decide poner en marcha su proyecto: “Entonces, de pronto, supe la historia que deseaba contar. Ocurrió con naturalidad , como a veces suceden estas cosas. Pude verla nítida, estructurada en mi cabeza con planteamiento, nudo y desenlace: una serie de escenas, casillas vacías que estaban por llenar. Había una novela en marcha, y su trama me aguardaba en los rincones de aquella biblioteca. Esa misma tarde, al regresar a casa, empecé a imaginar. A escribir”

¿Cuáles son, en mi opinión, los méritos de esta novela? El primero, como ya apunté, es que entretiene. A modo de ejemplos, hay un episodio en que uno de los dos hombres buenos se bate a duelo por asuntos de honor y celos por una dama. Otro de sexo, tratado con elegancia y sutileza. El humor está, igualmente, presente como se aprecia en el siguiente diálogo que sostienen los protagonistas:

– Después de comer visitaremos a un amigo mío, vendedor de libros filosóficos.
“- Curioso término… creía que la venta pública de esa clase de libros estaba prohibida.
“Ríe de nuevo, ahora desdeñoso, Bringas.
“- Lo está, pero no se deje engañar por las palabras. Libros filosóficos… se refiere a libros prohibidos… Por lo general, pornográficos.
“- Cómo que pornográficos?
“- Novelas de tocador y cosas por el estilo, precisa el abate, … obritas de la que, según Diderot, deben leerse con una sola mano.

El segundo mérito tiene que ver con el hecho que el lector puede formarse una idea del contexto físico, social y cultural en que discurre el relato. Los contrastes son evidentes: entre el campo y la ciudad, entre el París opulento y el París dormitorio, entre la vida regalada de las clases pudientes y la de los trabajadores que deben acudir de madrugada a vender sus productos en la ciudad, etc. El acceso a la cultura está igualmente marcado por la asimetría.

El mérito principal de Hombres Buenos es que en esta novela se aprecia claramente la relación entre obra literaria y poder, entre campo literario y campo del poder político. La Real Academia Española fue, es y será una institución ligada al poder. En la novela, en varias partes, se advierte un especial “cariño” en el trato a esta institución que “siempre mantuvo una independencia real respecto del poder” (página 20). Cuesta aceptar esta afirmación, si se considera el rol del lenguaje en la cuestión del poder y del contexto político en que esta institución ha actuado a lo largo de los siglos de su existencia. Igualmente, la novela denota el sesgo político de su autor por la forma en que nos describe a los tres personajes principales. Hermógenes Molina representa un conservadurismo bonachón, de viejito bueno, que se da cuenta y acepta que los tiempos están cambiando, aunque él seguirá fiel a su catolicismo. El héroe de la trama es el almirante Pedro Zárate, el hombre ilustrado y racional, intachable en su conducta personal, capaz de batirse a duelo -aunque esa costumbre tan “francesa” le repugne- y que a la hora del desafío amoroso lo enfrenta y sale airoso. El tercer personaje es el que acumula todas las tarjetas rojas. Se trata del abate Salas Bringas Ponzano, un revolucionario, partidario de la vía revolucionaria violenta y que termina guillotinado. En él, el autor del relato concentra todas sus aversiones políticas.
Consuela saber que nadie a quien amas se quema en lo que arde. http://adacaramelada.blogspot.com.es

Avatar de Usuario
Rogorn
Mensajes: 14355
Registrado: Jue Feb 01, 2007 12:00 am
Contactar:

Re: 'Hombres buenos' (2015) (noticias)

Mensaje por Rogorn » Sab Sep 15, 2018 10:34 am

"Estamos desorientados. Mas tenho 65 anos, já não quero saber"
Entrevista de Pedro Dias de Almeida - visao.sapo.pt - 18/09/2016

Arturo Pérez-Reverte, o escritor espanhol mais lido no mundo, acredita que a humanidade "já viveu a sua melhor época". À 'VISÃO', fala do seu novo livro, 'Homens Bons', e carrega no pessimismo: "O mundo é um sítio perigoso, cheio de filhos da puta"

A propósito de nada, ou só por estarmos ali, um português e um espanhol, no bar do Hotel Westin Palace, a dois passos do Prado, em Madrid, Arturo Pérez-Reverte, 64 anos, atira: “O maior erro de Espanha foi, no tempo de Filipe II, não ter decidido fazer de Lisboa a capital...” Está dado o mote para o tema das oportunidades perdidas, sempre adiadas promessas ibéricas. 'Homens Bons', quase a chegar às livrarias portuguesas, é também sobre isso. Lê-se como um romance de aventuras, com dois académicos espanhóis, no fim do século XVIII, pouco antes da Revolução Francesa, a viajarem de Madrid a Paris com a missão de adquirirem os 28 volumes da revolucionária Encyclopédie, de Diderot e D’Alambert, para o acervo da Real Academia Espanhola, num país onde ainda pairava a sombra da Inquisição. O escritor, ex-jornalista de guerra, chama-lhe o livro mais positivo da sua já longa carreira literária. Homens Bons é atual, muito atual, para iluminar (mas pouco) tempos de barbárie.

-Nos momentos deste romance em que fala como escritor com os seus leitores refere o tempo “em que era um leitor inocente, inclusivamente um romancista inocente”. Pode falar-nos dessa perda de inocência?
-Todos temos um período de inocência... E tanto os livros que li, desde muito novo, como a vida, foram-me tirando inocências, tirando letras maiúsculas a algumas palavras. Mas, em troca, iam-me dando lucidez. Às vezes tenho nostalgia de quando acreditava em certas coisas. Aos 64 anos e com uma biografia como a minha, não é fácil acreditar em muito... Quando era um leitor apaixonado, de 14 ou 15 anos, acreditava em mil coisas: o amor, a lealdade, a pátria, a solidariedade humana, a aventura, o heroísmo... Depois vi a guerra de perto, conheci heróis verdadeiros, e a pouco e pouco a vida foi-me tirando inocências. Essa perda acabou por resultar em romances. Creio que todos os meus livros são um exercício prático dessa perda de inocência.

-No seu discurso de entrada na Real Academia de Espanha, em 2003, definia-se como um “leitor que, acidentalmente, escreve romances”. Ainda se sente assim?
-Sim. Claro que, depois de 20 romances, sou um escritor profissional... Mas creio que o que me mantém lúcido e vivo é continuar a ser um leitor. Há um perigo enorme para os escritores: aquele momento em que deixam de ser leitores para passarem a ser só escritores, em que já só leem em função do que escrevem, à procura de si próprios. Isso fecha-lhes o mundo. É necessário ter uma curiosidade saudável de leitor que continua a descobrir mundos... Ler livros novos, e reler livros com o olhar diferente que a vida nos deu, alimenta, enriquece, mantém-nos vivos e criativos. Há muitos escritores consagrados que só leem o que se refere à sua própria obra... Há autores que a partir de um certo momento já nos deram tudo – Balzac, Stendhal, Fitzgerald, Mann, Hemingway, que li com verdadeira paixão mas a certa altura esgotaram o que tinham para me dar... Mas há autores que podes continuar a ler e te dão sempre coisas novas. Acontece-me cada vez com menos, mas um deles, seguramente, é [Joseph] Conrad. Leio-o continuamente e dá-me, ainda, vontade de ser escritor. Motiva-me.

-Quais foram as suas primeiras leituras?
-Os meus avós, dos dois lados, tinham grandes bibliotecas. Eu lia da mesma maneira Conan Doyle, Jack London, Agatha Christie, Dostoievski, Tolstoi, Dumas, Balzac... Via a literatura como um todo. Nunca vi essa diferença entre literatura ligeira e divertida ou profunda e aborrecida. Para mim, era um grande conjunto. 'O Assassinato de Roger Ackroyd', de Agatha Christie, ou 'A Montanha Mágica', de Thomas Mann, por exemplo, foram ambos importantes para mim, marcaram-me os dois intensamente, sem os hierarquizar.

-Leu tudo isso como adolescente? Passava a vida a ler?
-Era um jovem normal, gostava de sair com os amigos e com miúdas, mas andava sempre com livros para todo o lado... Cheguei aos 20 anos com tudo lido. Há três eixos em que se apoia a minha vida como leitor e escritor. Os clássicos gregos e latinos, a literatura do siglo de oro (Quevedo, Cervantes...) e a grande literatura do fim do século XIX e início do XX (Tolstoi, Dostoievski, Eça de Queirós, que também é fundamental: se não fosse de um autor português, acho que 'O Primo Basílio' seria considerado um grande romance da literatura universal). Entre os 12 e os 20 li tudo isso. Quando chego ao mundo com uma mochila, quando viajo e vou para cenários de guerra como jornalista, levo todas essas leituras comigo. E quando chego a Beirute, vejo Troia; noutros lugares, encontro Ulisses; nos Balcãs, vejo o Tintin... Chego ao mundo cheio de referências que me permitem interpretá-lo. Estive em lugares e situações horríveis que, sem os livros, me teriam enlouquecido, me teriam perturbado muito mais... Os livros davam-me serenidade para analisar, capacidade de interpretar.

-Levava livros consigo?
-Sempre. Lembro-me de estar na Eritreia, em 1977, com uns 25 anos, numa das piores campanhas que fiz, e à noite, com uma vela, lia Plutarco. Isso acalmava-me, apesar do medo, da disenteria, de estar mal... Eu fui em direção ao mundo porque tinha lido. Queria ver com os meus olhos se havia uma Milady, um D'Artagnan, um Settembrini...

-Qual foi mesmo o primeiro livro de todos?
-Como leitor, do princípio ao fim, 'Os Três Mosqueteiros'. Teria uns nove ou dez anos. Era um livro muito emblemático lá em casa, havia um exemplar que tinha pertencido a uma bisavó minha. E era normal fazermos, por brincadeira, uma espécie de Trivial Pursuit sobre pormenores do livro...

-A chegada ao jornalismo foi um acaso ou um projeto pensado?
-O jornalismo foi uma solução. Nos livros tinha aprendido que havia um mundo fascinante de viagens, aventuras, barcos, miúdas, amizade, violência... Eu era um miúdo de boas famílias, educado para ser um jovem responsável e transformar-me num arquiteto ou advogado. Mas queria ver, e viver, esse mundo de que me falavam os livros. Embarquei num petroleiro por uns tempos e, depois, achei que o jornalismo era uma boa desculpa para viajar e ver o mundo.

-Já nessa altura tinha o desejo de ser escritor? Chegar à literatura como autor?
-Nunca tinha pensado em escrever, nem sentia que tinha essa vocação... Eu queria viver. E consegui. África, Ásia, América nos anos 70, quando ainda nem havia sida... Estava demasiado ocupado a viver. Até que no regresso de uma viagem longa e dura decidi sentar-me para escrever. Mas não queria falar sobre mim, a minha vida. Então decidi escrever um romance histórico em que ao protagonista aconteciam, mais ou menos, as mesmas coisas que me tinham acontecido a mim, mas no tempo das invasões napoleónicas. Esse livro é 'O Hussardo' (1986). Senti-me muito confortável a escrevê-lo, gostei de o fazer. Tinha vindo de África, com uma grave disenteria, e tinham-me dito que devia parar uns meses, para recuperar... Escrevi, também, para matar o tempo. Foi publicado, venderam-se alguns exemplares e segui para outra reportagem... Até que o meu terceiro romance, 'A Tábua de Flandres' (1990), se tornou num best-seller em todo o mundo. Por essa altura estive na primeira Guerra do Golfo, mas esse livro mudou a minha vida: deu-me dinheiro, liberdade. Ainda fui repórter mais quatro anos...

-Esse sucesso literário foi o momento simbólico da transformação de jornalista em escritor?
-A questão é que eu já levava 20 anos como repórter, sobretudo de guerra, e começava a duvidar da minha profissão. Esse momento simbólico, pode-se dizer, aconteceu em Sarajevo. Passei três anos nos Balcãs... E vislumbrei o jornalismo que vinha aí, o mundo que vinha aí, os espectadores que vinham aí...

-E ainda nem havia internet...
-Pois não... Mas não gostei do que vi. De Madrid pediam-me para entrar em direto de Sarajevo e eu dizia “mas assim não posso ir para a frente, fazer reportagem, quando vou trabalhar?”. Respondiam, “não te preocupes com isso, tens que fazer cinco diretos para os noticiários, pode ser do hotel”. Noutro dia diziam-me: “Hoje não é preciso mandares nada porque é dia de futebol” e eu respondia “mas houve dez mortos num mercado!”. Comecei a desprezar o meu trabalho, os meus espectadores... os meus chefes. E aí pensei “tenho que deixar isto”. Já não acreditava no que fazia. Mortos e mais mortos para nada, não ia mudar nada... Não queria morrer também eu por algo em que já não acreditava. Escrevi o 'Território Comanche', uma espécie de livro de despedida, e abandonei o jornalismo. Se tivesse continuado, hoje seria um velho repórter bêbado, em bordéis de Hong Kong ou do México, cínico, descrente, a contar a minha vida a repórteres mais jovens... Conheci muitos velhos jornalistas desses. Não queria ser mais um como eles. A literatura salvou-me.

-Sente que a experiência como jornalista lhe é muito útil como escritor?
-Como romancista, nada. Quando numa reportagem se nota muito o romancista, é uma má reportagem. E quando num romance se nota muito o jornalista, é um mau romance. Mas há uma coisa que, sim, foi útil: o jornalismo deu-me a capacidade de obter e processar informação com rapidez. O jornalista é um caçador, e essa atitude vigilante, alerta e lúcida de observador, claro que me ajuda a lidar com documentação, factos, relatórios, personagens.

-Neste romance, 'Homens Bons', porque decidiu intercalar fragmentos em que fala como escritor, sobre o próprio processo de escrita do livro?
-É uma questão puramente técnica. Senti, neste romance, que havia um problema narrativo: o leitor atual não tem informação suficiente sobre o período do Iluminismo para compreender tudo. Se o próprio romance explicasse isso, obrigava-me a grandes digressões que distraíam da narrativa, quase enciclopédicas e didáticas. Então, decidi que, nessas partes, o narrador resumia alguma dessa informação, partes mais áridas ou aborrecidas.

-Ao leitor, essas partes parecem de uma grande transparência, com o escritor a revelar-nos o seu trabalho...
-Sim, mas não é nada disso. É pura ficção, também. Permite ao leitor descansar, abrir uma janela, permite-me explicar em cinco linhas o que custaria muito mais no fio da narrativa... Mas é tão mentira como o resto. Nada disso aconteceu. Para mim é bastante divertido misturar informações falsas e verdadeiras, amigos reais e inventados, livros reais e inventados... Lembro-me sempre que um amigo meu, o professor italiano Luciano Canfora, me ligou a dizer que estava farto de procurar um livro que eu citava no Clube Dumas e não conseguia encontrá-lo. “Nunca o encontrarás, porque não existe”, respondi. O Umberto Eco também fazia muito isso.

-A génese deste romance foi mesmo esse momento em que, na Real Academia Espanhola, viu os 28 volumes da Encyclopédie?
-Talvez... Mas a ideia já vinha de antes. No dia em que vi a Enciclopédia na Academia, parte do meu mundo polarizou-se em torno dela. É assim que os escritores funcionam... O motivo pode ser uma pessoa que passa, um biscoito, um sorriso. Neste caso, a minha visão fez-me pensar na questão ibérica, no peso histórico da religião que nos lixou a vida, a tragédia de ser espanhol – e português também... –, os maus governos, a incultura. E ali, no Iluminismo, houve uma possibilidade de as coisas serem melhores, parecia que podíamos ser diferentes.

-No ambiente que antecede a Revolução Francesa, o deste livro, é fácil encontrar pontes com a atualidade. Também foi essa uma razão para o escrever?
-O ser humano é o mesmo. A questão da cultura como solução mantém-se. É a única solução. Cultura no sentido de formação, educação, conhecimento. A diferença é que, na altura, sentia-se que ainda era possível mudar muito as coisas, e hoje já percebemos que não. Foi uma ocasião perdida. A condição humana impôs-se às ideias.

-Essa oposição entre a fé na razão e os fanatismos, a irracionalidade, está bem visível nos nossos dias...
-Sim, eu queria que o meu livro tivesse uma leitura atual. Na verdade, não faço romances históricos, gosto de pensar que são romances, situados num certo tempo, mas que ajudam a entender o presente. E senti que este livro podia ser útil. Posso escrever por prazer, por dinheiro, por muitas razões... Neste caso sentia-me útil. Espero que os leitores de Homens Bons passem a entender melhor o nosso tempo, vejam coisas que antes não viam... Queria ajudar. De certa maneira, é um livro solidário.

-Somos hoje filhos, ou talvez netos, do Iluminismo...
-A nossa parte boa, sim. A parte má vem das sombras, da barbárie, do medievo... A liberdade de falarmos, de nos vestirmos como queremos vem daí, desses homens. Devemo-lo às Luzes.

-O filósofo alemão Jürgen Habermas dizia que a modernidade, que começou aí, é um projeto inacabado. Mas não sente que estamos numa espécie de beco sem saída?
-A modernidade será sempre inacabada, nunca se cumprirá. É um caminho frustrado. Sou muito pessimista. Acho que já chegámos onde podíamos ter chegado e agora estamos em declínio. Creio que o ser humano já não alcançará o nível de liberdade, intelectualidade e cultura que alcançou a partir do fim do século XVIII e ao longo do século XIX. O caminho está fechado. E a memória faz, hoje, muita falta... Sem referências, sem História, não podes entender o presente. Em vez de construirmos sobre as nossas pegadas estamos a construir sobre... nada. Estamos desorientados. Mas tenho 65 anos, já não quero saber.

-Não está fácil ser otimista...
-Sim, acho que quem for lúcido e verdadeiramente culto só pode estar pessimista...

-Mas situou o livro nesse exato momento em que a esperança no futuro da Humanidade era enorme...
-Exato. Sinto que o mundo já viveu a sua melhor época, essa esperança que resultou na Revolução Francesa e foi até ao estalinismo. O comunismo e o socialismo ainda faziam parte dessa grande esperança no futuro... Até que a puta condição humana acabou por perverter tudo. Estaline é o fim de um sonho. Matou mais gente do que Hitler, mas o mau de Estaline não foi só ser um grande tirano: ele esmagou o sonho de mudança, com ele morreu a esperança de seres humanos que acreditavam que podiam construir um mundo melhor. Entre o fim do século XVIII e meados do século XX viveu-se o período mais luminoso. Que não vai voltar...

-Nem daqui a vários séculos? Não pode ter um otimismo a longo prazo?
-Não, não acredito. E agora vêm aí os bárbaros outra vez.

-Muitos viram com surpresa como neste século XXI nos debatemos com a irracionalidade total e o obscurantismo, bem simbolizados no extremismo islâmico, no terrorismo...
-A mim não me surpreendeu. Os bárbaros estão sempre aí... Quando lemos e estudamos História sabemos que há sempre bárbaros a caminho. Será que fomos tão idiotas ao ponto de acreditarmos que tudo isso tinha acabado? Esquecemo-nos? Agora vêm com a conversa do Islão, amanhã virão com outra conversa qualquer... A barbárie e a violência estão sempre aí. O problema, o grande erro, foi acreditarmos que esta espécie de Disneylândia onde vivemos era o mundo real. Eu sabia, outros sabiam, mas muita gente falava só de um mundo ideal, dos direitos humanos universais, de ser solidário...

-Está a falar, também, de uma crise nos discursos sobre multiculturalidade e globalização...
-Sim, claro. O mundo é um sítio perigoso, cheio de filhos da puta. O terrível é que o Ocidente e tudo o que custou tanto a construir ao longo dos séculos, liberdades e direitos, com os bons e nobres valores de que falam os protagonistas do meu romance, está a morrer, a desaparecer... E não voltará. Os jovens ignoram-no. Nem se ensina nas escolas...

-Porquê?
-É uma cultura de facilidade. Temos medo de traumatizar os meninos com a Ilíada, ou com a História... O objetivo principal passou a ser não haver insucesso escolar, e nivela-se tudo muito por baixo. Os sistemas de educação no mundo ocidental, hoje, são feitos para normalizar e desprezam os mais inteligentes. Não se valorizam nada as elites, a própria ideia de elite está mal vista, tem muito má imprensa... Veja-se a mediocridade na política espanhola, ou europeia, ou portuguesa. Onde está um Churchill, um Adenauer, um Kennedy? Logo na escola olha-se de lado para um indivíduo singular, brilhante, destacado. Torna-se suspeito e parece que é preciso igualizar todos. Mas nós não somos todos iguais!

-Podemos estar a viver uma era parecida a esse período que antecedia a Revolução Francesa, quando muitos não a viam chegar?
-Há uma grande diferença. Essa revolução, mesmo com toda a violência, era liderada por intelectuais, por gente que acreditava em ideias, num mundo melhor. Degolaram o rei e mataram o czar por causa de ideias. Agora a revolução anuncia-se vinda dos mais brutos, dos que mostram degolações no Twitter, de verdadeiras bestas sem nenhuma dimensão intelectual. Agora é o poder do rancor, da vingança, que dirige essas ações. Antes era uma violência que achavam necessária para melhorar o mundo, hoje é pura vingança contra o poder, o dinheiro, o patrão, as humilhações, algo que até se pode compreender... Mas não há ideologia. Vão arder bibliotecas, palácios, parlamentos. Isso é terrível. Mas eu já não vou estar cá para ver...

-O que se passa hoje em Espanha, esta incapacidade de formar um governo a partir dos resultados das eleições, é uma consequência dessa crise do mundo ocidental de que fala?
-Esta gentinha é o resultado de um mundo medíocre. Nem são culpados, são uma consequência deste mundo, desta Europa medíocre... É uma mediocridade enorme, já nem quero saber das notícias de atualidade política espanhola. Estou cansado. Tenho a minha biblioteca, que é o meu bunker, a minha trincheira, o meu refúgio. Ponho-me a ler Sócrates, Xenofonte, Montaigne, Plutarco... Como uma aspirina que tira as dores de cabeça.

Responder